<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>newseria &#8211; Lubin Extra!</title>
	<atom:link href="https://lubinextra.pl/tag/newseria/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://lubinextra.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Thu, 04 Feb 2016 08:22:10 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>
	<item>
		<title>Ile tych aut faktycznie jeździ?</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/10/25/ile-tych-aut-faktycznie-jezdzi/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 25 Oct 2013 05:25:58 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[dane]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[pojazd]]></category>
		<category><![CDATA[rejestracja]]></category>
		<category><![CDATA[samochód]]></category>
		<category><![CDATA[złom]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=10477</guid>

					<description><![CDATA[Po polskich drogach może jeździć nawet o ponad 4 miliony samochodów mniej niż wynika z oficjalnych danych. Statystyki są błędne, bo uwzględniają niewyrejestrowane stare auta. Z tego powodu ich średnia wieku jest nawet o cztery lata niższa niż wynika z danych. – Oficjalne dane statystyczne są błędne. Ponad 4 miliony samochodów, które nie istnieją, są [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Po polskich drogach może jeździć nawet o ponad 4 miliony samochodów mniej niż wynika z oficjalnych danych. Statystyki są błędne, bo uwzględniają niewyrejestrowane stare auta. Z tego powodu ich średnia wieku jest nawet o cztery lata niższa niż wynika z danych.</h3>
<p><span id="more-10477"></span></p>
<p>– Oficjalne dane statystyczne są błędne. Ponad 4 miliony samochodów, które nie istnieją, są zawarte w statystykach. To powoduje, że średni wiek samochodu w Polsce jest zawyżony według oficjalnych danych i wynosi aż piętnaście lat. Jednocześnie liczba samochodów w przeliczeniu na mieszkańca oficjalnie wydaje się, że jest taka jak w krajach Unii Europejskiej, a jest to absolutnie nieprawdą – podkreśla Alfred Franke ze Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych i ekspert Motofocus.</p>
<p>Oficjalne dane opublikowane przez GUS na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wskazują, że w Polsce na koniec 2012 r. było niemal 19 mln samochodów osobowych. Oznacza to, że na tysiąc mieszkańców przypadało 486 aut – o dwa więcej niż wynosi unijna średnia.</p>
<p>Franke zauważa jednak, że błędy w tych danych widać gołym okiem. Wskazuje, że zgodnie z danymi, w Polsce co czwarty samochód na drodze powinien mieć starą, czarną tablicę rejestracyjną. Inne dane wskazują, że w Polsce jest dwa razy więcej syren niż toyot yaris. Dodatkowo, jeśli średni wiek samochodów wynosiłby 15 lat, po ulicach powinno jeździć znacznie więcej pojazdów mających powyżej 30 lat, czyli uznawanych za zabytki.</p>
<p>– Badania robione na zlecenie GUS, i nie tylko, wykazują, że średni wiek samochodu w Polsce to jest 11 lat, a liczba samochodów jest około 4 mln niższa niż oficjalnie. To powoduje, że politycy, decydenci, podejmując decyzję na podstawie oficjalnych danych statystycznych, podejmują błędne decyzje – przekonuje Franke w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.</p>
<p>Przyznaje, że obecny sposób prowadzenia statystyk jest trudny do zmiany. Wielu kierowców po wyrejestrowaniu samochodu nie zgłasza tego do urzędu komunikacyjnego. Propozycję wprowadzenia kar za takie zaniechanie odrzuciły w ubiegłym roku resorty transportu i finansów.</p>
<p>W opinii Alfreda Frankego pomóc mogłaby weryfikacja oficjalnych statystyk poprzez porównanie ich z bazą o ubezpieczeniach OC. Liczba pojazdów z obowiązkowym ubezpieczeniem jest znacznie niższa od oficjalnej liczby aut. Franke podkreśla, że duża liczba pojazdów bez ubezpieczenia jest podejrzana i należałoby ją zweryfikować.</p>
<p>– Być może nałożenie oficjalnych baz statystycznych i baz ubezpieczycieli w jakiś sposób rozwiązałoby ten problem, ale myślę, że specjaliści od tego typu tematów są w stanie znaleźć jeszcze lepsze rozwiązania – ocenia Franke. – Nie można na podstawie tych błędnych danych, podejmować decyzji rzutujących np. na wprowadzenie podatków dla właścicieli starszych samochodów, nie możemy karać kogoś za to, że nie stać go na kupienie nowego samochodu.</p>
<p>Autor: pit, newseria</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Recykling to&#8230; fikcja?</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/08/29/recykling-to-fikcja/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 29 Aug 2013 06:40:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[elektrośmieci]]></category>
		<category><![CDATA[elektrozłom]]></category>
		<category><![CDATA[fikcja]]></category>
		<category><![CDATA[jerzy Ziaja]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[OIGR]]></category>
		<category><![CDATA[recykling]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=12027</guid>

					<description><![CDATA[Rosnąca liczba punktów skupu oraz zbieranie elektrozłomu nie jest efektem większych wymogów nałożonych przez ministra środowiska. Specjaliści recyklingu uważają, że publikowane dane to fikcja. Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu uważa, że elektrośmieci w dużej ilości w rzeczywistości lądują w lasach, a firmy zajmujące się ich recyklingiem, przestają funkcjonować, obawiając się sankcji karnych. – [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Rosnąca liczba punktów skupu oraz zbieranie elektrozłomu nie jest efektem większych wymogów nałożonych przez ministra środowiska. Specjaliści recyklingu uważają, że publikowane dane to fikcja.</h3>
<p><span id="more-12027"></span><br />
Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu uważa, że elektrośmieci w dużej ilości w rzeczywistości lądują w lasach, a firmy zajmujące się ich recyklingiem, przestają funkcjonować, obawiając się sankcji karnych.<br />
– Zainteresowanie zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym wzrasta, bo zwiększa się ilość punktów zbiórki. Ale to jest tylko pozór, ponieważ pod tym punktem zbiórki ukryte są sklepy, które handlują sprzętem elektrycznym i elektronicznym. Natomiast firmy, które się wcześniej profesjonalnie tym zajmowały, po prostu likwidują swoją działalność – informuje Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.<br />
Firmy wprowadzające na rynek pralki, lodówki czy telewizory i komputery, mają określone minimalne poziomy sprzętu, który muszą odesłać do recyklingu. Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska od 2011 roku minimalne poziomy zbierania zużytego sprzętu wzrosły z 24 proc. do 35 proc.<br />
Z „Raportu o funkcjonowaniu systemu gospodarki zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym” opracowanego przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska wynika, że sytuacja na tym polu poprawia się i Polska chwali się coraz lepszymi wynikami. &#8211; Od 6 lat, co roku notujemy wzrost masy zużytego sprzętu, który jest zbierany. W 2007 roku na jednego mieszkańca zebraliśmy ponad 0,7 kg, natomiast 2012 roku około 3,88 kg – powiedziała niedawno Newserii Izabela Szadura, dyrektorka Departamentu Kontroli Rynku w Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.<br />
Tymczasem izba recyklingu nie potwierdza tych danych. – Zbliżamy się do 4 kg, ale tylko i wyłącznie statystycznie – odpowiada Jerzy Ziaja. – Jeżeli chodzi o stan faktyczny, to jest naprawdę bardzo kiepsko. Wiele firm rezygnuje z recyklingu elektrośmieci, ponieważ nie chce mieć problemów z prokuraturą czy z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego z tytułu wykazania się nieprawidłowymi ilościami przy dokumentach potwierdzających odzysk czy recykling. Firmy są po prostu do tego zmuszane. Dokument potwierdzający recykling jest ścisłym dokumentem finansowym. Za jego brak dostaje się sankcję karną – mówi prezes OIGR.<br />
Jak wyjaśnia, w polskim prawie karze podlega tylko osoba wystawiająca taki dokumenty, natomiast nie przewiduje się żadnej sankcji prawnej dla organizacji odzysku, która taki dokument otrzymuje i potwierdza wykonanie obowiązku recyklingu przed Urzędem Marszałkowskim.<br />
– Taki punkt skupu złomu, na podstawie przyjętego złomu, niekoniecznie zużytego sprzętu elektrycznego, elektronicznego, wystawia dokument potwierdzający recykling. Stąd jest to zakłamanie odnośnie tej masy zebranej, bo dyrektywa mówi o selektywnym zbieraniu zużytego sprzętu elektrycznego, natomiast my to przerobiliśmy na potwierdzenie dokumentu. W momencie pisania ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, zwracałem uwagę twórcom, że jeżeli zapłacą za zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny, to w tym momencie będzie on faktycznie zbierany selektywnie i będą wiarygodne dokumenty potwierdzające wykonanie tej dyrektywy – podkreśla.<br />
Przyczyną tego stanu rzeczy, zdaniem prezesa, są nowe regulacje prawne, które zaburzyły rynek. – Nowa ustawa, pisana przez producentów bądź organizacje związane z nimi, tworzy przepisy, które są korzystne dla nich. Natomiast zapomina się całkowicie o przedsiębiorcach końcowych, o tych, którzy faktycznie władają tym odpadem. Dla projektodawców ustawy ważna jest statystyka, natomiast nie efekt ekologiczny – uważa Jerzy Ziaja.<br />
Do patologii na tym rynku miała doprowadzić nowelizacja ustawy, zgodnie z którą do sprawozdawczości dołączono również punkty skupu &#8211; To było totalnym absurdem, ponieważ punkty skupu są od tego, że skupować złom, a nie żeby poświadczać jego zagospodarowanie, czyli recykling zużytego sprzętu elektronicznego i elektrycznego. Punkty skupu przyjmują tylko i wyłącznie złom, natomiast reszta była zagospodarowana gdzieś po rowach, lasach – tłumaczy Jerzy Ziaja.<br />
Autor: pit/newseria, fot. Piotr Krażewski</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ubezpieczasz samochód – sprawdź oferty</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/08/23/ubezpieczasz-samochod-sprawdz-oferty/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 23 Aug 2013 20:03:39 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[dumping]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[polisa]]></category>
		<category><![CDATA[ubezpieczenie samochodu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=12542</guid>

					<description><![CDATA[Trwa zacięta walka o klienta na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych. Ceny polis poszły ostro w dół. Specjaliści mówią wręcz o wojnie między ubezpieczycielami i oferowaniu polis po cenach dumpingowych. Gdzie się dwóch bije&#8230; klient korzysta – Szczególnie mocno rozpychają się na rynku towarzystwa typu direct, które sprzedają polisy przez internet i telefon – ocenia Jakub Tomaszewski, [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Trwa zacięta walka o klienta na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych. Ceny polis poszły ostro w dół. Specjaliści mówią wręcz o wojnie między ubezpieczycielami i oferowaniu polis po cenach dumpingowych. Gdzie się dwóch bije&#8230; klient korzysta</h3>
<p><span id="more-12542"></span></p>
<p>– Szczególnie mocno rozpychają się na rynku towarzystwa typu direct, które sprzedają polisy przez internet i telefon – ocenia Jakub Tomaszewski, ekspert serwisu Comperia.pl. Jego zdaniem jesteśmy świadkami wyraźnych obniżek na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych. Przykłady można mnożyć.<br />
– Ubezpieczenie OC samochodu o pojemności 2000 cm3, zarejestrowanego w Kielcach, za które w ubiegłym roku trzeba było zapłacić 560 zł można dziś wykupić za 515 zł. I to w tej samej firmie – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.<br />
Podobną sytuację miał jeden z lubinian, który w tym roku ubezpieczał swój pojazd. Dotychczasowy ubezpieczyciel zaproponował wyższą stawkę niż konkurencja, która rok wcześniej była znacznie droższa. Różnica w kompleksowym ubezpieczeniu kilkuletniego pojazdu u dwóch renomowanych ubezpieczycieli wynosiła aż 180 zł! Ostatecznie samochód został ubezpieczony „od wszystkiego” za 1500 zł, a nie za 1680.<br />
Dodajmy, że im wyższa cena pakietu ubezpieczeniowego, tym większe są obniżki. W niektórych przypadkach sięgają one nawet kilkuset złotych. W ocenie analityka, to efekt wojny cenowej, która rozpoczęła się kilka lat temu i trwała do 2010 roku. Teraz firmy znowu zaczęły mocno walczyć o rynek, a szczególnie te z segmentu direct, czyli sprzedające polisy przez telefon i internet. Dumpingują one ceny polis i zmuszają do tego samego innych uczestników rynku. Ci nie mają zbyt wielkiego pola manewru. – Jedyne, co mogą robić, to apelować, podobnie jak niedawno prezes PZU apelował o nieobniżanie cen, bo ucierpią na tym wszyscy gracze rynku ubezpieczeniowego – tłumaczy ekspert Comperia.pl.<br />
Dodaje jednocześnie, że szanse powodzenia tego typu apeli są niewielkie, bo towarzystwa ubezpieczeniowe typu direct są w stanie nawet przez kilka lat mocno zaniżać ceny polis tylko po to, by osłabić konkurencję.<br />
– Tendencje pokazują, że jesteśmy już raczej blisko dna i w nieskończoność te towarzystwa nie mogą notować strat, a niebawem prawdopodobnie osiągniemy dołek – mówi Jakub Tomaszewski.<br />
To, jak dalej będą się kształtować ceny polis ubezpieczeniowych zależy w dużej mierze od ogólnej sytuacji na rynku motoryzacyjnym. Na razie dopływają z niego dość sprzeczne sygnały.<br />
– Instytut samochodowy Samar podaje, że w pierwszym kwartale tego roku sprzedaż nowych aut spadła względem analogicznego okresu tego roku o ponad 2 proc. – zauważa ekspert rynku ubezpieczeń. – Z drugiej strony koncerny samochodowe zwiększają prognozy sprzedaży na cały 2013 rok. Niektóre odważnie mówią, że rynek może być więcej wart nawet 20 proc. więcej niż w ubiegłym roku.<br />
Dlatego w najbliższym czasie nie należy się spodziewać dalszych obniżek cen ubezpieczeń. Wręcz przeciwnie. Mogą one nieznacznie pójść w górę, co może nastąpić jeszcze w tym roku albo na początku 2014 roku.<br />
Autor: pit/newseria, fot. Piotr Krażewski</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>All inclusive? Niekoniecznie</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/08/22/all-inclusive-niekoniecznie/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 22 Aug 2013 05:38:24 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[all inclusive]]></category>
		<category><![CDATA[bankructwo]]></category>
		<category><![CDATA[biura podróży]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[travelplanet]]></category>
		<category><![CDATA[wczasy]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=12567</guid>

					<description><![CDATA[Turystyka zagraniczna kwietnie. Pomimo kryzysu i zeszłorocznej fali bankructw liczba wyjeżdżających nie zmalała. Polacy wybierają jednak chętniej oferty dużych i znanych touroperatorów, a oszczędności szukają poprzez wybór hoteli w nieco niższym standardzie lub bez opcji all inclusive. – Czarne scenariusze się nie sprawdziły. W tym sezonie, ku naszemu zadowoleniu, sprzedaż idzie bardzo ładnie. W tej [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Turystyka zagraniczna kwietnie. Pomimo kryzysu i zeszłorocznej fali bankructw liczba wyjeżdżających nie zmalała. Polacy wybierają jednak chętniej oferty dużych i znanych touroperatorów, a oszczędności szukają poprzez wybór hoteli w nieco niższym standardzie lub bez opcji all inclusive.</h3>
<p><span id="more-12567"></span></p>
<p>– Czarne scenariusze się nie sprawdziły. W tym sezonie, ku naszemu zadowoleniu, sprzedaż idzie bardzo ładnie. W tej chwili patrząc tylko i wyłącznie na wyniki Travelplanet, to jest wzrost sprzedaży w samym lipcu około 30-procentowy. Z rynku również mamy sygnały, że jest pozytywnie, że biura podróży są chętnie odwiedzane przez klientów. Klienci ewidentnie nie przestraszyli się upadków, które miały miejsce w zeszłym roku – przekonuje Radosław Damasiewicz, e-commerce manager w Travelplanet.pl. w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.<br />
Damasiewicz podkreśla jednak, że Polacy chętniej wybierają oferty dużych i znanych touroperatorów. Tracą na tym mniejsze biura podróży. Według niego takie decyzje są efektem przede wszystkim ostrożności. Klienci przy wyborze oferty pytają m.in. o kwoty gwarancji touroperatorów.<br />
Na obawach Polaków związanych z małymi, słabo znanymi biurami korzystają liderzy rynku. Aż 30 proc. sprzedaży Travelplanet.pl to oferty sprzedawane przez Itakę, czyli wiodącego touroperatora w Polsce.<br />
O ile ilość sprzedawanych wczasów nie maleje, o tyle w porównaniu do ubiegłego roku, wzrosły nieco ceny wypoczynku. – ,Wśród sprzedaży Travelplanet wzrost cen to około 3-4 proc. w tej chwili, więc praktycznie skala bliska inflacji – zaznacza Damasiewicz.<br />
Klienci Travelplanet.pl rzadziej niż w ubiegłych latach decydują się na zakup ofert w najwyższym standardzie. Sprzedaje się mniej wyjazdów do hoteli pięciogwiazdkowych i w opcji all inclusive. Damasiewicz podkreśla, że dla branży turystycznej ważne jest to, że Polacy nie rezygnują z urlopu całkowicie, a jedynie dostosowują kwotę przeznaczaną na wyjazd do swoich możliwości finansowych.<br />
Kryzys i ostrożność związana z ubiegłorocznymi bankructwami wpływają również na długość wyjazdu i moment jego rezerwacji. Około 2/3 ofert to wyjazdy tygodniowe, ale coraz więcej sprzedaje się też wyjazdów krótszych, kilkudniowych. Damasiewicz mówi, że już od kilku lat można zaobserwować tendencję do skracania podróży wakacyjnych przez Polaków.<br />
&#8211; Co ciekawe, oferty są kupowane bliżej okresu wyjazdów. Klienci bardziej polują na last minute niż kupują z dużym wyprzedzeniem. To jest specyfika tego sezonu i tutaj widzimy dużą różnice w stosunku do poprzedniego. Ona może być poniekąd efektem fali bankructw, która miała miejsce w tamtym roku. W tej chwili klienci czekają do ostatniej chwili po to, żeby znaleźć wakacje dla siebie – zauważa Damasiewicz.<br />
Autor: pit/newseria</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Najtańsze połączenia w Europie</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/08/16/najtansze-polaczenia-w-europie/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 16 Aug 2013 06:13:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Komisja Europejska]]></category>
		<category><![CDATA[Komisja Europejska ds. Agendy Cyfrowej]]></category>
		<category><![CDATA[Neelie Kroes]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[opłaty za telefon]]></category>
		<category><![CDATA[połączenia komórkowe]]></category>
		<category><![CDATA[taryfa roaming]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=12918</guid>

					<description><![CDATA[Za minutę połączenia Polacy płacą dwukrotnie mniej niż mieszkańcy wszystkich krajów Unii Europejskiej. Wynika to m.in. z powszechności telefonii komórkowej w Polsce. Rozbieżności na terenie UE są bardzo duże – pomiędzy najtańszą Litwą a najdroższą Holandią jest ponad siedmiokrotna różnica. – Wbrew głoszonym od czasu do czasu opiniom, opłaty telekomunikacyjne są u nas jedne z [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Za minutę połączenia Polacy płacą dwukrotnie mniej niż mieszkańcy wszystkich krajów Unii Europejskiej. Wynika to m.in. z powszechności telefonii komórkowej w Polsce. Rozbieżności na terenie UE są bardzo duże – pomiędzy najtańszą Litwą a najdroższą Holandią jest ponad siedmiokrotna różnica.<br />
– Wbrew głoszonym od czasu do czasu opiniom, opłaty telekomunikacyjne są u nas jedne z najniższych, zarówno ceny wewnątrz kraju dotyczące połączeń mobilnych, jak i połączeń dostępowych i stawek za telefony stacjonarne. Nie jesteśmy krajem najdroższym chociażby dlatego, że po prostu na więcej nie byłoby stać polskich klientów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Tomasz Kulisiewicz, analityk wiodący Audytel S.A.<br />
Kulisiewicz dodaje, że w Polsce bardzo wiele osób korzysta z telefonów komórkowych. Statystycznie na 100 mieszkańców przypadają 142 karty SIM. Badania Urzędu Komunikacji Elektronicznej pokazują, że wśród osób powyżej 15. roku życia niemal 90 proc. posiada telefon komórkowy.<br />
– Dzięki temu, że jest powszechna łączność, to operatorzy mogli zejść na dość niski poziom, tym bardziej, że od czasu do czasu &#8222;wybuchały&#8221; wojny cenowe – podkreśla Kulisiewicz.<br />
Według niego polski rynek telekomunikacji mobilnej jest w zasadzie oligopolem, czyli został zdominowany przez ograniczoną liczbę bardzo dużych spółek. Jednak klienci w większości odczuwają, że mają wolność wyboru. Dzięki temu czasem któryś z operatorów zdecyduje się na obniżkę cen, pociągając za sobą konkurencję.<br />
– Jest tylko kilku graczy i nie bardzo jest miejsce dla kolejnych z powodu takiej, a nie innej polityki podziału częstotliwości zapoczątkowanej jeszcze w końcu lat 90. i trudną ją teraz zmienić, trzeba by przeprowadzić porządkowanie częstotliwości właściwie w całej Europie, albo i na całym świecie, co jest zadaniem niezwykle trudnym – przekonuje Kulisiewicz.<br />
Dzięki powszechności telefonii oraz układowi sił wśród operatorów na polskim rynku ceny połączeń mobilnych należą do najniższych w Europie. Polacy średnio płacą za minutę 4,6 eurocenta. To wprawdzie ponad dwukrotnie więcej niż na Litwie, gdzie średnia cena to tylko 1,9 eurocenta, ale i tak Polska znalazła się na piątym miejscu w Unii (ranking nie uwzględnia jeszcze Chorwacji). Średnia unijna to 9,1 eurocenta, a w najdroższej Holandii za minutę płaci się niemal 15 centów. Polska jest znacznie tańsza niż inne kraje w regionie, takie jak Węgry (6 centów), Słowacja (9,1 centa) i Czechy (10,4 centa). Kulisiewicz tłumaczy, że sięgające 774 proc. rozbieżności w cenach połączeń pomiędzy krajami UE można wytłumaczyć względami historycznymi. Według niego rynki telekomunikacyjne we wszystkich 28 krajach funkcjonują niezależnie od siebie.<br />
– Zarówno połączenia stacjonarne, połączenia mobilne, jak i dostęp do internetu nigdy nie były rynkami europejskimi, zawsze to były rynki krajowe o bardzo różnej historii, zarówno samego rynku, odbiorców tego rynku, infrastruktury, operatorów działających, jak i regulatorów, które też wymuszają takie, a nie inne warunki zmian cen – wyjaśnia Kulisiewicz.<br />
Nie jest wykluczone, że w przyszłym roku na europejskim rynku połączeń komórkowych dojdzie do prawdziwej rewolucji – przestaniemy płacić za połączenia odebrane w ramach roamingu.<br />
Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej ds. Agendy Cyfrowej Neelie Kroes chce we wrześniu przedstawić nowy pakiet propozycji legislacyjnej. Bruksela chce docelowo doprowadzić do tego, by połączenia w obrębie UE były traktowane jako krajowe. Kulisiewicz podkreśla jednak, że w tej chwili nie może być jeszcze mowy o jednolitym unijnym rynku w tym sektorze.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Spragnieni egzotyki?</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/25/spragnieni-egzotyki/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 25 Jul 2013 05:30:03 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[lubinextra]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczki]]></category>
		<category><![CDATA[wypoczynek]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=15123</guid>

					<description><![CDATA[Luksusowa wycieczka wakacyjna do egzotycznych krajów takich, jak np. Japonia, Meksyk, Mauritius czy Ekwador kosztuje średnio tyle, ile zarabiający średnią krajową pracownik dostaje przez kilka miesięcy. Mimo to amatorów tego typu wypraw jest coraz więcej. W porównaniu z 2012 r. zainteresowanie klientów luksusowymi wyjazdami wzrosło o 114 proc. – wynika z raportu przygotowanego przez Travelplanet.pl [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Luksusowa wycieczka wakacyjna do egzotycznych krajów takich, jak np. Japonia, Meksyk, Mauritius czy Ekwador kosztuje średnio tyle, ile zarabiający średnią krajową pracownik dostaje przez kilka miesięcy. Mimo to amatorów tego typu wypraw jest coraz więcej.</h3>
<p><span id="more-15123"></span></p>
<p>W porównaniu z 2012 r. zainteresowanie klientów luksusowymi wyjazdami wzrosło o 114 proc. – wynika z raportu przygotowanego przez Travelplanet.pl i Expander Advisors<br />
– Przeciętny wyjazd wakacyjny kosztuje mniej więcej około 2,1 tys. na osobę, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko kierunki ekskluzywne, to okaże się, że średnia cena wyjazdu na osobę wynosi aż 13 tys. złotych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander Advisors.<br />
Za luksusową uznano wycieczkę kosztującą min. 8695 zł. W nieco niższym pułapie cenowym – od 6,5 tys. do 8,6 tys. – sprzedano aż trzy razy więcej wycieczek niż w 2012 r.<br />
Przyczyną rosnącej popularności luksusowych wyjazdów jest fakt, że ich konsumenci – menedżerowie i właściciele dużych przedsiębiorstw – najmniej odczuli skutki kryzysu. Ponadto Polacy, podobnie jak turyści z całego świata, coraz częściej chcą spędzać wakacje w wyjątkowy, niepowtarzalny sposób.<br />
Najpopularniejszym w tym roku kierunkiem luksusowych wypraw są Stany Zjednoczone. Wyprawy za ocean to jedna trzecia wszystkich tego typu wyjazdów wakacyjnych. Popularnością cieszą się również tropikalne wyspy, np. Mauritius czy Malediwy. – Taka podróż wymaga dużej aktywności, gdyż te wyspy dają możliwość uprawiania wielu sportów, jak np. nurkowanie. Jest to jednocześnie wyjazd prestiżowy, na który nie każdy może sobie pozwolić – mówi główny analityk Expandera.<br />
Większość osób wyjeżdżających w egzotyczne miejsca nie potrzebuje na ten cel kredytu wakacyjnego. Jednak chociaż dysponują własnymi środkami, to rzadko za swoje wycieczki płacą gotówką. Częściej preferują płatność kartą kredytową, która ma dla nich kilka zalet. – Pieniądze zamożnych klientów są zazwyczaj zamrożone w różnego typu inwestycjach – zauważa Sadowski. – Korzystanie z karty kredytowej daje im także pewne przywileje związane z bezpieczeństwem, w razie oszustwa lub upadku biura podróży.<br />
Analityk Expandera dodaje również, że z kartami kredytowymi powiązane są ubezpieczenia medyczne czy od wypadków, takich jak zgubienie bagażu lub opóźnienie lotu. Rozwiązuje to także problem bezpieczeństwa przy płatnościach za różne rozrywki już na miejscu.<br />
Autor: pit/newseria, fot. Katarzyna Krażewska</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kineskopy jeszcze królują</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/19/kineskopy-jeszcze-kroluja/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 19 Jul 2013 18:31:18 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[kineskop]]></category>
		<category><![CDATA[kupno]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[telewizor]]></category>
		<category><![CDATA[TNS]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=17975</guid>

					<description><![CDATA[W 31 proc. polskich domów nadal są telewizory kineskopowe. Jednak z roku na rok ich ubywa. Jakie telewizory kupujemy najchętniej? Półtora roku temu kineskopowe odbiorniki były jeszcze w 39 proc. polskich gospodarstw domowych. Do wymiany ich na nowsze modele skłaniają Polaków wielkie widowiska sportowe, takie jak ubiegłoroczne Euro 2012 czy Olimpiada w Londynie oraz postępujący [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>W 31 proc. polskich domów nadal są telewizory kineskopowe. Jednak z roku na rok ich ubywa. Jakie telewizory kupujemy najchętniej?</h3>
<p><span id="more-17975"></span></p>
<p>Półtora roku temu kineskopowe odbiorniki były jeszcze w 39 proc. polskich gospodarstw domowych. Do wymiany ich na nowsze modele skłaniają Polaków wielkie widowiska sportowe, takie jak ubiegłoroczne Euro 2012 czy Olimpiada w Londynie oraz postępujący proces cyfryzacji telewizji naziemnej. Przy wyborze nowego odbiornika liczy się dla nas przede wszystkim rozmiar i cena, ale dużą wagę przykładamy również do marki – wynika z badania przeprowadzonego przez TNS Polska na zlecenie Toshiby.<br />
Według szacunków w użyciu jest wciąż około 4 mln odbiorników starego typu (CTR). Jak podkreśla Piotr Golonka, koordynator ds. marketingu w Toshibie, wyraźnie widać tendencję spadkową.<br />
– Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to szacujemy, że w przeciągu 4-5 lat te telewizory mogą całkiem zniknąć z rynku – mówi Piotr Golonka Agencji Informacyjnej Newseria.<br />
Obecnie głównym typem telewizorów w polskich domach są urządzenia z ekranami LCD (ciekło-krystalicznymi). Wybór nowego modelu determinuje kilka czynników. Przede wszystkim liczy się dla nas cena oraz rozmiar ekranu. – Polacy szukają telewizorów dużych i tanich. Mówiąc dużych, mam na myśli telewizory 40-calowe i większe. Do tej pory standardem w naszych domach były telewizory 32-calowe. – Większość respondentów w badaniu, które przeprowadziliśmy, deklaruje zakup telewizora właśnie z półki cenowej między 1,5 tys. a 3 tys. zł.<br />
Dwie trzecie badanych wskazuje, że istotna przy wyborze sprzętu jest także jego marka.<br />
– Około 50 proc. można określić jako osoby oddane marce. Z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że -wymieniając telewizor, wymienią go na sprzęt tej samej marki – mówi Piotr Golonka.<br />
Badania przeprowadzone przez TNS Polska dla Toshiby pokazały również zróżnicowane preferencje kobiet i mężczyzn w wyborze nowego telewizora. Mężczyźni częściej deklarują chęć zakupu 46-calowych ekranów z dodatkowymi funkcjami (3D, smart), a co za tym idzie są gotowi wydać na sprzęt więcej. 9 proc. przebadanych mężczyzn zainteresowanych jest telewizorami kosztującymi ponad 5 tys. złotych. Z kolei kobiety najchętniej wybierają odbiorniki o przekątnej od 32 do 37 cali, relatywnie tanie – do 2 tys. złotych.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kineskopy jeszcze królują</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/19/kineskopy-jeszcze-kroluja-2/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 19 Jul 2013 05:29:02 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[kineskop]]></category>
		<category><![CDATA[kupno]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[telewizor]]></category>
		<category><![CDATA[TNS]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=18248</guid>

					<description><![CDATA[W 31 proc. polskich domów nadal są telewizory kineskopowe. Jednak z roku na rok ich ubywa. Jakie telewizory kupujemy najchętniej? Półtora roku temu kineskopowe odbiorniki były jeszcze w 39 proc. polskich gospodarstw domowych. Do wymiany ich na nowsze modele skłaniają Polaków wielkie widowiska sportowe, takie jak ubiegłoroczne Euro 2012 czy Olimpiada w Londynie oraz postępujący [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>W 31 proc. polskich domów nadal są telewizory kineskopowe. Jednak z roku na rok ich ubywa. Jakie telewizory kupujemy najchętniej?</h3>
<p><span id="more-18248"></span></p>
<p>Półtora roku temu kineskopowe odbiorniki były jeszcze w 39 proc. polskich gospodarstw domowych. Do wymiany ich na nowsze modele skłaniają Polaków wielkie widowiska sportowe, takie jak ubiegłoroczne Euro 2012 czy Olimpiada w Londynie oraz postępujący proces cyfryzacji telewizji naziemnej. Przy wyborze nowego odbiornika liczy się dla nas przede wszystkim rozmiar i cena, ale dużą wagę przykładamy również do marki – wynika z badania przeprowadzonego przez TNS Polska na zlecenie Toshiby.<br />
Według szacunków w użyciu jest wciąż około 4 mln odbiorników starego typu (CTR). Jak podkreśla Piotr Golonka, koordynator ds. marketingu w Toshibie, wyraźnie widać tendencję spadkową.<br />
– Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to szacujemy, że w przeciągu 4-5 lat te telewizory mogą całkiem zniknąć z rynku – mówi Piotr Golonka Agencji Informacyjnej Newseria.<br />
Obecnie głównym typem telewizorów w polskich domach są urządzenia z ekranami LCD (ciekło-krystalicznymi). Wybór nowego modelu determinuje kilka czynników. Przede wszystkim liczy się dla nas cena oraz rozmiar ekranu. – Polacy szukają telewizorów dużych i tanich. Mówiąc dużych, mam na myśli telewizory 40-calowe i większe. Do tej pory standardem w naszych domach były telewizory 32-calowe. – Większość respondentów w badaniu, które przeprowadziliśmy, deklaruje zakup telewizora właśnie z półki cenowej między 1,5 tys. a 3 tys. zł.<br />
Dwie trzecie badanych wskazuje, że istotna przy wyborze sprzętu jest także jego marka.<br />
– Około 50 proc. można określić jako osoby oddane marce. Z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że -wymieniając telewizor, wymienią go na sprzęt tej samej marki – mówi Piotr Golonka.<br />
Badania przeprowadzone przez TNS Polska dla Toshiby pokazały również zróżnicowane preferencje kobiet i mężczyzn w wyborze nowego telewizora. Mężczyźni częściej deklarują chęć zakupu 46-calowych ekranów z dodatkowymi funkcjami (3D, smart), a co za tym idzie są gotowi wydać na sprzęt więcej. 9 proc. przebadanych mężczyzn zainteresowanych jest telewizorami kosztującymi ponad 5 tys. złotych. Z kolei kobiety najchętniej wybierają odbiorniki o przekątnej od 32 do 37 cali, relatywnie tanie – do 2 tys. złotych.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Za granicę własnym sumptem</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/15/za-granice-wlasnym-sumptem/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 15 Jul 2013 13:46:26 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[fru.pl]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[wczasy do it yourself”]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=19983</guid>

					<description><![CDATA[Coraz chętniej rezerwujemy bilety lotnicze i sami organizujemy sobie zagraniczny urlop. Wpływa na to spadek cen biletów lotniczych i dobra siec połączeń – biura podróży często idą w odstawkę. W Europie od lat najchętniej podróżujemy na południe – do Włoch, Hiszpanii i Francji. Nowością są natomiast wyjazdy „do it yourself” na Majorkę i Sycylię – [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Coraz chętniej rezerwujemy bilety lotnicze i sami organizujemy sobie zagraniczny urlop. Wpływa na to spadek cen biletów lotniczych i dobra siec połączeń – biura podróży często idą w odstawkę.</h3>
<p><span id="more-19983"></span></p>
<p>W Europie od lat najchętniej podróżujemy na południe – do Włoch, Hiszpanii i Francji. Nowością są natomiast wyjazdy „do it yourself” na Majorkę i Sycylię – kierunki zarezerwowane dotychczas wyłącznie dla biur podróży. Wśród kierunków bardziej egzotycznych najpopularniejsza jest Tajlandia.</p>
<p>Z danych platformy FRU.PL wynika, że aż 75 proc. Polaków spędzi w tym roku urlop w Europie. Na drugim miejscu jest Azja – tam wybiera się 12 proc. klientów serwisu.</p>
<p>– Wakacje to szczególny czas wzmożonego zainteresowania podróżami na własną rękę. W tym roku wśród polskich turystów odnotowaliśmy 20 proc. wzrost podróży organizowanych samodzielnie w stosunku do roku poprzedniego – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bogumiła Sowa z serwisu Fru.pl.</p>
<p>Do Europy najczęściej podróżujemy w lipcu, wybierając Włochy, Hiszpanię i Francję – tam poleci odpowiednio 30 proc., 25 proc. oraz 17 proc. turystów. Rośnie też popularność wakacji w Chorwacji – w tym roku odwiedzi ją co dziesiąty polski turysta. – To są kierunki, do których bilety lotnicze można kupić za mniej niż 500 złotych, ale to też są regiony bardzo atrakcyjne turystycznie. Poza tym sama podróż nie trwa długo – tłumaczy popularność tych destynacji Bogumiła Sowa. – Jeśli chodzi o wycieczki w Europie, to zamiast długiego urlopu wybierają krótkie wyjazdy typu city break.</p>
<p>W Europie największą popularnością cieszą się podróże do Rzymu. Tam na zagraniczne wakacje wybierze się 17 proc. polskich turystów. Kolejna jest Barcelona – odwiedzi ją 13 proc. turystów. Z kolei Lizbonę i Paryż w wybierze odpowiednio 10 i 9 proc. turystów. Popularne stają się również podróże samolotowe do Pizy, Malagi, Nicei oraz na Sycylię i Majorkę.</p>
<p>– Regiony do niedawna zarezerwowane wyłącznie dla wakacji z biurem podróży zyskują coraz większą popularność wśród zwolenników wyjazdów „do it yourself” &#8211; zauważa Bogumiła Sowa &#8211; Zorganizowany na własną rękę urlop na Majorce może być nawet o połowę tańszy niż wyjazd z touroperatorem.</p>
<p>Aby obniżyć koszty wyjazdu, aż 65 proc. Polaków poleci w tym roku na wakacje tanimi liniami. Średnie ceny biletów mogą być nawet o ponad 90 proc. niższe niż u regularnych przewoźników. Najwięcej rezerwacji w tym sezonie ma linia Ryanair (ponad 41 proc.), a zaraz po niej Wizzair (15 proc.) i PLL LOT (14,9 proc.).<br />
Autor: pit/newseria, fot. arch. LubinExtra!</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wakacje po nowemu?</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/11/wakacje-po-nowemu/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 11 Jul 2013 14:44:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[wakacje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=20015</guid>

					<description><![CDATA[Cztery terminy wakacji letnich zamiast przerwy w tym samym czasie dla szkół w całym kraju – proponuje Polski Związek Organizatorów Turystyki. Branża turystyczna argumentuje, że dzięki temu uda się rozładować tłok, obniżyć ceny i wydłużyć sezon, a tym samym zwiększyć liczbę miejsc pracy. Podobne rozwiązanie sprawdza się w przypadku ferii zimowych. – Można dostrzec samych [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Cztery terminy wakacji letnich zamiast przerwy w tym samym czasie dla szkół w całym kraju – proponuje Polski Związek Organizatorów Turystyki. Branża turystyczna argumentuje, że dzięki temu uda się rozładować tłok, obniżyć ceny i wydłużyć sezon, a tym samym zwiększyć liczbę miejsc pracy.</h3>
<p><span id="more-20015"></span></p>
<p>Podobne rozwiązanie sprawdza się w przypadku ferii zimowych. – Można dostrzec samych beneficjentów. Przede wszystkim będą to konsumenci, dla których rozłożenie wakacji letnich nie na dwa, tylko na trzy miesiące, spowodowałoby na pewno lepsze wykorzystanie infrastruktury, czyli obniżenie cen usług, rozładowanie korków na drogach, na kolei, w portach lotniczych. Przy dłuższym sezonie oznacza to również więcej sezonowych miejsc pracy – wylicza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Krzysztof Piątek, prezes PZOT.<br />
PZOT proponuje, by cały kraj podzielić na cztery obszary. Pierwszy z nich rozpoczynałby letnie wakacje już na początku czerwca. Nie zmieniłaby się jednak długość przerwy – nadal trwałaby ona dwa miesiące. Dlatego część uczniów wracałaby do szkół już na początku sierpnia. Dla tych, którzy wakacje rozpoczną najpóźniej, kończyłyby się one przed 1 września.<br />
– Bardzo trudno byłoby przekonać wielu potencjalnych przeciwników do przeciągania wakacji letnich na wrzesień. Ten 1 września jest tradycją polską. Poza tym patrząc na to od strony klimatycznej wrzesień może już być mało atrakcyjnym terminem dla wakacji letnich. Już pod koniec sierpnia dzień się robi dużo krótszy niż w czerwcu, temperatury mogą spadać w nocy do zera albo poniżej zera – uważa Piątek.<br />
Dodaje jednak, że czerwiec jest najlepszym miesiącem w roku na wypoczynek. Dni są najdłuższe, a pogoda bardzo dobra. Dlatego, w jego opinii, co roku inny region kraju powinien już na początku tego miesiąca kończyć szkołę.<br />
Podobne rozwiązanie funkcjonuje od wielu lat w przypadku ferii zimowych. Za rok najwcześniej przerwę rozpoczną uczniowie z województw lubelskiego, łódzkiego, podkarpackiego, pomorskiego i śląskiego – już 20 stycznia. Jako ostatnie dwutygodniowe wakacje będą miały dzieci z województwa dolnośląskiego, mazowieckiego, opolskiego i zachodniopomorskiego. Ich przerwa rozpocznie się niemal miesiąc później, czyli 17 lutego.<br />
Piątek podkreśla, że propozycja przeniesienia tego rozwiązania na letnie wakacje nie powinna mieć żadnych przeciwników. Ceny spadną dzięki wydłużeniu sezonu. Z uwagi na to, że mniej osób będzie wyjeżdżając równocześnie zmaleje tłok, a dłuższy okres wyjazdów pozwoli na stworzenie większej liczby sezonowych miejsc pracy.<br />
– Ja widzę same korzyści. Znamy je, bo mamy takie doświadczenie z ferii zimowych. Dziwić się można, dlaczego to rozwiązanie nie zostało dotychczas wprowadzone – mówi Piątek. Dodaje: – Aż trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być przeciwny.<br />
PZOT lobbuje za takim rozwiązaniem w parlamencie i administracji. W tym roku korzyści z takiego rozwiązania zostały już przedstawione Ministerstwu Sportu i Turystyki, a także podkomisji stałej ds. turystyki w Sejmie. Piątek podkreśla, że zmiana może zostać wprowadzona prostym rozporządzeniem Ministerstwa Edukacji Narodowej.<br />
Dodaje, że intencją pomysłodawców reformy kalendarza letnich wakacji nie jest ani ich skracanie, ani przedłużanie na wrzesień.<br />
– Nie dotykajmy tej tradycji, czyli rozpoczęcie roku szkolnego nie później niż 1 września. Nie skracajmy długich polskich wakacji letnich, które trwają minimum 2 miesiące, ale rozsądnie rozplanujmy to dla różnych regionów kraju na trzy miesiące, poczynając od 1 czerwca – najpiękniejszego miesiąca roku – apeluje Piątek.<br />
fot. Katarzyna Krażewska</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Sklepikarze za zakazem w niedzielę</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/02/sklepikarze-za-zakazem-w-niedziele/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 02 Jul 2013 16:08:02 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[FPH]]></category>
		<category><![CDATA[handel]]></category>
		<category><![CDATA[handel w niedzielę]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[zakupy]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=20089</guid>

					<description><![CDATA[Proponowany przez posłów zakaz handlu w niedzielę budzi wątpliwości Fundacji Polskiego Handlu, organizacji zrzeszającej małe i średnie sklepy. FPH popiera zmiany jeżeli bez zmian pozostaną przepisy pozwalające właścicielom małych sklepów na prowadzenie sprzedaży. – W projekcie jest wyłącznie mowa o zakazie pracy w punktach handlowych, więc właściwie trudno jest to zinterpretować. Myślę że należałoby ten [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Proponowany przez posłów zakaz handlu w niedzielę budzi wątpliwości Fundacji Polskiego Handlu, organizacji zrzeszającej małe i średnie sklepy. FPH popiera zmiany jeżeli bez zmian pozostaną przepisy pozwalające właścicielom małych sklepów na prowadzenie sprzedaży.</h3>
<p><span id="more-20089"></span></p>
<p>– W projekcie jest wyłącznie mowa o zakazie pracy w punktach handlowych, więc właściwie trudno jest to zinterpretować. Myślę że należałoby ten akt na pewno dopracować – podkreśla Marcin Kraszewski, dyrektor Fundacji Polskiego Handlu w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. Według niego, niejasności budzi, kogo miałby ten zakaz dotyczyć.<br />
– Jeżeli mówimy o zakazie pracy to znaczy że wszelkie osoby zatrudnione w punktach handlowych nie mogą podejmować pracy w tych punktach w niedzielę. Również pracownicy ochrony i firm sprzątających. Wydaje mi się to lekkim nieporozumieniem, wątpię aby taka była intencja ustawodawcy – dodaje dyrektor Fundacji Polskiego Handlu.<br />
Przyznaje, że popiera ograniczenie handlu, tym bardziej, że został on wprowadzony w innych krajach Europy, np. w Niemczech i gospodarki sobie z tym radzą. Kraszewski uważa, że skorzystaliby na tym wszyscy, przede wszystkim z socjologicznego punktu widzenia, bo niedziela jest dniem, który spędza się z rodziną i na aktywności społecznej, a niekoniecznie na zakupach. To samo dotyczy pracowników handlu. Jednak – jak podkreśla dyrektor fundacji – pomysł jest dobry, o ile zachowane zostaną przy nim takie rozwiązania jak przy handlu w święta.<br />
– Tak długo jak ten zapis będzie dopuszczał prowadzenie działalności np. przez właścicieli sklepów, tak jak to ma miejsce w święta państwowe obecnie w Polsce – to jesteśmy za. Natomiast, jeżeli miałoby to dotykać absolutnie wszystkich, to nie wyobrażam sobie, żebym nie mógł w niedzielę na Krupówkach nabyć np. napoju – podkreśla Kraszewski.<br />
Jak dodaje, zamknięte hipermarkety to szansa na zwiększoną sprzedaż dla małych sklepów czy innych jednostek drobnego handlu.<br />
Projekt zmian w Kodeksie pracy jest w przeważającej mierze inicjatywą posłów PiS (65 z 86 podpisów) a także części posłów PO, SP i PSL. Argumentują oni, że niedziela w polskiej tradycji jest dniem świętym i rodzinnym. Zakaz handlu w niedziele to również niezmienny od wielu lat postulat „Solidarności”. Pomysł ten krytykuje natomiast Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji, argumentując to możliwymi konsekwencjami, jak m.in. spadkiem zatrudnienia w handlu (o 5-10 proc.), obrotów (o 3-7 proc.), a co za tym idzie spadek rentowności sieci handlowych oraz bankructwa sklepów.<br />
Autor: pit/newseria, fot. arch.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Szukasz pracy? Na wakacjach jest trudniej</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/07/02/szukasz-pracy-na-wakacjach-jest-trudniej/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[admin]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 02 Jul 2013 16:02:34 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[praca]]></category>
		<category><![CDATA[praca sezonowa]]></category>
		<category><![CDATA[wakacje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=20083</guid>

					<description><![CDATA[Poszukujący zatrudnienia w okresie wakacyjnym mogą liczyć głównie na oferty pracy sezonowej lub w ramach zastępstwa za tych, którzy wyjechali na urlopy. W branży rekrutacyjnej lato to martwy sezon. – Jeśli mamy kompetencje, na które jest zapotrzebowanie na rynku pracy, możemy zatrudnić się jako pracownik tymczasowy. Wakacje to okres, kiedy mają miejsce urlopy i takie [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Poszukujący zatrudnienia w okresie wakacyjnym mogą liczyć głównie na oferty pracy sezonowej lub w ramach zastępstwa za tych, którzy wyjechali na urlopy. W branży rekrutacyjnej lato to martwy sezon.</h3>
<p><span id="more-20083"></span></p>
<p>– Jeśli mamy kompetencje, na które jest zapotrzebowanie na rynku pracy, możemy zatrudnić się jako pracownik tymczasowy. Wakacje to okres, kiedy mają miejsce urlopy i takie wsparcie tymczasowe mogłoby być wskazane – doradza Anna Piotrowska-Banasiak, ekspert Antal International. – To dobre rozwiąznie dla osób, które nie są aktywne zawodowo.</p>
<p>Z danych za kwiecień wynika, że stopa bezrobocia wyniosła w Polsce 14 proc. Według prognoz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej najgorszą sytuację na rynku pracy mamy w tym roku najprawdopodobniej już za sobą. W wakacje spodziewany jest niewielki spadek bezrobocia.</p>
<p>– Wakacje to dobry czas na zrewidowanie swojego życiorysu, dokumentów rekrutacyjnych. Na zastanowienie się nad tym, co nas interesuje, jeśli chodzi o naszą ścieżkę kariery zawodowej. To jest dobry moment, żeby zaplanować poszukiwania pracy, zrobić listę headhunterów, z którymi chcielibyśmy nawiązać współpracę czy listę portali, w oparciu o które będziemy poszukiwali nowych wyzwań zawodowych – podpowiada Anna Piotrowska-Banasiak, menedżerka zespołu „accountancy &amp; finance” w Antal International.</p>
<p>To zapobiegnie pokusie bombardowania swoimi dokumentami aplikacyjnymi działów HR.</p>
<p>– Zachęcamy kandydatów do racjonalnej oceny miejsc, w które wysyłamy swoje oferty. Osoby, które z dużym naciskiem poszukują pracy, mają pokusę, żeby swoje dokumenty przesyłać do wszystkich, którzy mogliby być nimi zainteresowani. Natomiast niekoniecznie działa to na ich korzyść – uważa ekspertka.</p>
<p>Szukając stałego zatrudnienia, warto zatem przejrzeć swoje dokumenty aplikacyjne i dopasować je do konkretnego stanowiska w danej firmie.</p>
<p>– Kandydaci powinni przeanalizować swój życiorys pod kątem dokumentów o wartości marketingowej. Warto w takim życiorysie zawrzeć informacje nie tylko dotyczące ścieżki kariery zawodowej czy edukacji, ale też postarać się zaznaczyć swoje ścieżki sukcesów i osiągnięcia. Te aspekty, które z perspektywy przyszłego pracodawcy byłyby istotne – mówi Agnecji Informacyjnej Newseria Anna Piotrowska-Banasiak. – Warto przygotować anglojęzyczną wersję życiorysu, jeśli planujemy aplikować na stanowiska w firmie międzynarodowej. Często kandydaci o tym zapominają.<br />
Autor: pit/newseria, fot. arch. LubinExtra!</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Tak myślą w Polsce, a w Lubinie?</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2013/03/18/tak-mysla-w-polsce-a-w-lubinie/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[admin]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 18 Mar 2013 10:57:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[szkolnictwo zawodowe]]></category>
		<category><![CDATA[zawodówka]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=26352</guid>

					<description><![CDATA[Dualny system kształcenia, polegający na łączeniu edukacji z praktykami zawodowymi, daje korzystne rezultaty na rynku pracy. Dzięki niemu młodzi ludzie szybciej zdobywają konkretne kwalifikacje zawodowe. Tymczasem w Lubinie szkołę zawodową się likwiduje&#8230; – System dualny daje olbrzymią szansę ludziom na to, aby znaleźli się na rynku pracy – mówi Jerzy Bartnik, prezesa Związku Rzemiosła Polskiego. [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Dualny system kształcenia, polegający na łączeniu edukacji z praktykami zawodowymi, daje korzystne rezultaty na rynku pracy. Dzięki niemu młodzi ludzie szybciej zdobywają konkretne kwalifikacje zawodowe. Tymczasem w Lubinie szkołę zawodową się likwiduje&#8230;</h3>
<p><span id="more-26352"></span></p>
<p>– System dualny daje olbrzymią szansę ludziom na to, aby znaleźli się na rynku pracy – mówi Jerzy Bartnik, prezesa Związku Rzemiosła Polskiego. – Dotychczas ten system wprowadził na rynek pracy bardzo wiele osób, które podjęły taką decyzję u początku swojej kariery zawodowej. Niesie on w sobie możliwość zdobycia w procesie pracy pewnych kwalifikacji zawodowych, których dowodem jest dyplom czeladniczy czy ewentualnie w dalszej drodze mistrzowski.<br />
Jak podkreśla prezes Związku Rzemiosła Polskiego, dyplom ten stanowi swego rodzaju drogowskaz dla młodych ludzi, gdyż mówi im w jakim zawodzie mogą szukać swojego miejsca.<br />
– My pilnujemy tego, aby wraz z rozwojem techniki, technologii i cywilizacji osoby uprawiające zawody rzemieślnicze nie były pozbawione szans rozwoju osobistego – mówi Bartnik. – To jest droga, którą zmierzamy.<br />
Tego rodzaju system kształcenia wdrażany jest w coraz większej ilości krajów. W ostatnim czasie wdrożyły go albo powróciły do niego Hiszpania i Szwecja. W Polsce i Niemczech istnieje on stale.<br />
– Mamy widoczne efekty – mówi prezes. – Szczególnie w gospodarce niemieckiej. Jeżeli w grupie wiekowej 18-24 lata oni mają około 8 proc. bezrobotnych, to znaczy, że osoby, które zakończyły w tym systemie pierwszy stopień swojej edukacji znajdują się bez problemu na rynku pracy.<br />
Tymczasem w Polsce mamy około 20 proc. bezrobotnych.<br />
Zdaniem Bartnika problemem jest pochopne wybieranie uczelni, które nie dają później dobrych perspektyw zawodowych.<br />
– Upowszechnienie systemu kształcenia dualnego wymaga promocji, ale wymaga też pewnej zmiany mentalnej – twierdzi Jerzy Bartnik. – W naszym kraju wartość ma ten, który ukończył wyższą uczelnię i to się w środowisku, wśród znajomych roznosi. Ale za chwilę przychodzi ocknięcie i ten dobrze wykształcony, pozostający bez pracy stacza się na niższe poziomy, bo jest drugi wyznacznik, czyli praca i efekt tej pracy, czyli zarobek.<br />
Jerzy Bartnik krytykuje reformę szkolnictwa, która polegała m.in. na wprowadzeniu liceum profilowanego.<br />
– My wtedy ostrzegaliśmy, że z liceum ambitni ludzie wyjdą ewentualnie z dyplomem, ale bez umiejętności zawodowej – mówi Bartnik. – Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej okrutna, bo ani matury ani zawodu i 4 lata straconego czasu. Na to sobie żaden kraj nie może pozwolić, nawet najbogatsze społeczeństwa tą drogą nie chodzą.<br />
Jego zdaniem najlepszą drogą reformowania edukacji jest kształcenie praktyczne, w kierunku zdobycia konkretnych kwalifikacji zawodowych.<br />
Zmiany w szkolnictwie zawodowym niewątpliwie są potrzebne. Problem ten dostrzega się również w Lubinie. Tyle, że zamiast rozwijać kształcenie zawodowe prezydent zamyka najlepiej wyposażoną szkołę zawodową, aby utworzyć w niej szkołę sportową.<br />
Problem w systemie kształcenia i jego upadek dostrzega nawet prywatna firma, która z nowym rokiem w Lubinie dla absolwentów gimnazjów uruchomi kierunki zawodowe w górnictwie na zasadzie bezpłatnej szkoły publicznej.</p>
<p>Autor: pit/newseria</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Jak dbamy taką &#8222;szczękę&#8221; mamy</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2012/11/21/jak-dbamy-taka-szczeke-mamy/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[admin]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 21 Nov 2012 07:20:47 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[dentysta]]></category>
		<category><![CDATA[implant]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[proteza]]></category>
		<category><![CDATA[stomatolog]]></category>
		<category><![CDATA[ubytek]]></category>
		<category><![CDATA[zęby]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=28721</guid>

					<description><![CDATA[Statystyczny Polak po 35. roku życia nie ma aż 11 zębów! Co czwarty 65-latek w ogóle nie ma uzębienia – wynika z danych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Polacy nie uzupełniają swoich ubytków, a konsekwencje braku choćby jednego zęba mogą być bardzo groźne dla zdrowia. To nie tylko kwestia wyglądu, wymowy i komfortu życia, ale również m.in. [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Statystyczny Polak po 35. roku życia nie ma aż 11 zębów! Co czwarty 65-latek w ogóle nie ma uzębienia – wynika z danych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Polacy nie uzupełniają swoich ubytków, a konsekwencje braku choćby jednego zęba mogą być bardzo groźne dla zdrowia.</h3>
<p><span id="more-28721"></span></p>
<p>To nie tylko kwestia wyglądu, wymowy i komfortu życia, ale również m.in. kondycji pozostałych zębów, stawów żuchwowych czy bólu głowy i kręgosłupa. Jak podkreślają eksperci, dopóki nie zaczniemy – tak jak w innych krajach – traktować ubytku choćby jednego zęba jako kalectwa, to sytuacja nie ulegnie poprawie.<br />
Rynek usług stomatologicznych w Polsce w ostatnich latach prężnie się rozwija. Według ekspertów z branży napędza go rosnąca świadomość Polaków, co do wyglądu i stanu zdrowia zębów. Jednak stomatolodzy przestrzegają, że nasza wiedza i nawyki dbania o uzębienie wciąż nie są wystarczające.<br />
– Świadomość pacjentów, chociaż muszę przyznać, że rośnie, to jest na niższym poziomie niż w krajach zachodnich – wyjaśnia Damian Nasulicz, lekarz stomatolog z Centrum Stomatologicznego Prestige Dent we Wrocławiu. – Myślę, że są to jeszcze zaszłości ubiegłego systemu i brak dbania o siebie jako o osobę. Bo tak naprawdę pacjenci nie zdają sobie sprawy z tego, że zęby to jest też ich zdrowie.<br />
Mimo że implantologia notuje wzrosty, to większość dorosłych Polaków ma ubytki w zębach, których nie zamierza uzupełniać. Jak podkreśla ekspert, braki w uzębieniu każdy z nas traktuje jako swój własny problem i to w dodatku natury estetycznej.<br />
– Jeśli ktoś nie ma jedynki, przedniego zęba, zaraz chce go uzupełnić. Natomiast problem jest z brakiem zębów tylnych. Niewielu pacjentów jest świadomych tego, że najważniejsza – jeśli chodzi o funkcję – jest szóstka. A bez funkcji nie ma estetyki. Jeżeli utracimy jedną funkcję, zęby przednie – estetyczne – będą wykorzystywane w inny sposób niż natura to zaplanowała. W związku z tym bardzo szybko ulegają dalszemu zniszczeniu – wyjaśnia Damian Nasulicz.<br />
Jak podkreśla stomatolog, brak jednego zęba wpłynie co najmniej na cztery zęby sąsiednie, a w konsekwencji – na całość uzębienia. Stąd smutne statystki. Co drugi Polak nie ma przynajmniej jednego zęba, a 25 proc. osób po 65. roku życia jest zupełnie bezzębna.<br />
– Pozostałe zęby zaczynają się przechylać, wysuwać. Przestajemy jeść jedną stroną, druga strona jest przeciążona i pojawiają się problemy ze stawami skroniowo-żuchwowymi, więc rano boli głowa – wymienia konsekwencje lekarz z wrocławskiego Centrum Stomatologicznego Prestige Dent. – Okazuje się nagle, że to teoretycznie jeden ząb, błaha sprawa, a przyczynia się do wielu problemów w życiu.</p>
<p>Autor: (pit), newseria</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nie zapłacą to nie zapłacisz</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2012/11/19/nie-zaplaca-to-nie-zaplacisz/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[pit]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 19 Nov 2012 07:56:23 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[ustawa deregulacyjna]]></category>
		<category><![CDATA[VAT]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=28750</guid>

					<description><![CDATA[Na proste uregulowanie prawa, trzeba było czekać od dawna. Nie jest idealne, ale pozwoli złapać oddech małym firmom w regulowaniu podatku VAT od niezapłaconych faktur. Mniejsze firmy nie będą musiały płacić podatku VAT, jeśli nie otrzymają zapłaty od swoich kontrahentów – zakłada przyjęta w piątek przez Sejm tzw. ustawa deregulacyjna. Problem w tym, że obowiązek [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>Na proste uregulowanie prawa, trzeba było czekać od dawna. Nie jest idealne, ale pozwoli złapać oddech małym firmom w regulowaniu podatku VAT od niezapłaconych faktur.</h3>
<p><span id="more-28750"></span></p>
<p>Mniejsze firmy nie będą musiały płacić podatku VAT, jeśli nie otrzymają zapłaty od swoich kontrahentów – zakłada przyjęta w piątek przez Sejm tzw. ustawa deregulacyjna. Problem w tym, że obowiązek płacenia podatku pozostanie, jeśli klientem jest osoba fizyczna lub inna firma, która nie jest VAT-owcem. Nic się też w tej sprawie nie zmieni w przypadku dużych przedsiębiorstw.<br />
Według nowych przepisów dostawca nie będzie musiał płacić podatku VAT, jeśli nie otrzymał zapłaty od swojego odbiorcy – innego przedsiębiorcy. Ten z kolei, dopóki nie zapłaci za towar lub usługę – nie będzie mógł odliczyć podatku z wystawionej faktury, dopóki tej faktury nie zapłaci.<br />
– Jeżeli wejdą w życie uchwalone zmiany, to przedsiębiorca, który dokonuje dostawy towarów albo sprzedaży, świadczy usługi na rzecz innego przedsiębiorcy, będzie musiał zapłacić podatek dopiero w momencie otrzymania zapłaty – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Rola-Stężycka, ekspert Tax Care.<br />
Z tego rozwiązania będą mogli skorzystać tzw. mali podatnicy. Zgodnie z pierwotną wersją projektu to takie firmy, których sprzedaż nie przekroczyła 1,2 mln euro w przeliczeniu na polskie złote. Limit ten obejmuje około 95 proc. podatników VAT.<br />
Nieco inna zasada będzie jednak obowiązywała w sytuacji, gdy usługa zostanie wykonana na rzecz klienta, który nie rozlicza podatku VAT. Chodzi tu głównie o konsumentów, ale też o przedsiębiorców, którzy nie są płatnikami podatku VAT (na przykład szkoły językowe). W takim przypadku dostawca będzie musiał zapłacić podatek nawet jeśli nie otrzymał zapłaty, ale będzie miał na to więcej czasu. – W tej sytuacji, tak jak jest obecnie, nawet jak nie ma płatności, to obowiązek podatkowy powstanie, będzie jedynie przedłużony do 180 dni – tłumaczy Katarzyna Rola-Stężycka.<br />
– Podatnik, który jest dłużnikiem, nie będzie mógł zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów należności, za które nie zapłacił – wyjaśnia ekspertka Tax Care.<br />
Ustawa w ubiegły piątek została przyjęta przez Sejm. Teraz trafi do Senatu.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Spada wartość zarobków</title>
		<link>https://lubinextra.pl/2012/11/15/spada-wartosc-zarobkow/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[admin]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 15 Nov 2012 08:20:20 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[! Promowane]]></category>
		<category><![CDATA[Lubin]]></category>
		<category><![CDATA[newseria]]></category>
		<category><![CDATA[płaca]]></category>
		<category><![CDATA[zarobki]]></category>
		<category><![CDATA[zatrudnienie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://lubinextra.pl/?p=28769</guid>

					<description><![CDATA[W całym 2012 roku realne zarobki będą niższe niż w 2011 – wyliczają specjaliści. Ceny rosną a płace stoją w miejscu. Do tego pracodawcy niechętnie zatrudniają nowych pracowników w miejsce tych, którzy odeszli z pracy, a także oszczędzają na premiach i bonusach. Według raportu Eurofund, europejskiej agencji zajmującej się m. in. badaniem jakości pracy i [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<h3>W całym 2012 roku realne zarobki będą niższe niż w 2011 – wyliczają specjaliści. Ceny rosną a płace stoją w miejscu. Do tego pracodawcy niechętnie zatrudniają nowych pracowników w miejsce tych, którzy odeszli z pracy, a także oszczędzają na premiach i bonusach.</h3>
<p><span id="more-28769"></span></p>
<p>Według raportu Eurofund, europejskiej agencji zajmującej się m. in. badaniem jakości pracy i życia w UE, podczas kryzysu pracodawcy do tej pory częściej uciekali się do zmniejszania liczby godzin przepracowanych przez pracowników i zablokowania podwyżek niż do zmniejszenia płac. W Polsce pensje obniżyło 1,6 proc. firm, a zamroziło – 8 proc. Jedną z głównych przyczyn jest obawa przed spadkiem morale, utratą najlepszych pracowników czy też np. regulacje prawne.<br />
– Bardzo rzadko zdarza się tak, że komukolwiek jest wynagrodzenie obniżane – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Kazimierz Sedlak, prezes Sedlak &amp; Sedlak, firmy zajmującej się m.in. badaniem rynku pracy. – Nawet w Polsce w tej chwili w dużej ilości przedsiębiorstw rosną wynagrodzenia, ponieważ te przedsiębiorstwa stać na to, osiągają ponadprzeciętne wyniki.<br />
Dlatego w Polsce do tej pory płace rosły bardziej niż ceny. Jak wylicza Główny Urząd Statystyczny, rok 2011 przyniósł wzrosty wynagrodzeń średnio o 5,4 proc., podczas gdy inflacja wyniosła 4,3 proc.<br />
– Jesteśmy w bardzo korzystnej sytuacji, bo do tego roku dynamika wzrostu wynagrodzeń była dużo szybsza od dynamiki inflacji. W tym roku istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta tendencja się odwróci, czyli być może nasze wynagrodzenia realne będą trochę mniejsze – mówi Kazimierz Sedlak<br />
Ale chociaż pracodawcy unikają ogólnie obniżania zarobków, zwykle dotyczy to tylko tzw. podstawy. Dużo częstsze są cięcia wynagrodzenia dodatkowego – prowizji, premii i innych bonusów. – Ta część zmienna obniża się, bo jest ona zwykle powiązana z wydajnością i efektywnością pracy. Kryzys sprawia, że to koło zamachowe gospodarki toczy się nieco wolniej – mówi prezes Sedlak &amp; Sedlak.<br />
Według Eurofund Polska znajduje się na pierwszym miejscu jeśli chodzi o ograniczenia kosztów pozapracowniczych – redukcje w tym zakresie przeprowadziła ok. połowa naszych firm. – Oszczędza się często na szkoleniach, na nakładach dodatkowych, związanych z podnoszeniem komfortu funkcjonowania firmy, bo to często dotyczy kupowania nowego sprzętu, wyposażenia itd. – wylicza Kazimierz Sedlak.<br />
Firmy nie zatrudniają też nowych pracowników w miejsce tych, którzy odchodzą, na przykład na emeryturę. – Mamy wtedy tak zwaną naturalną rotację pracowników, naturalne odchodzenie i zwykle pracodawcy nie decydują się na zatrudnianie nowych pracowników – podkreśla.<br />
Dane do raportu pt. &#8222;Wages and working conditions in the crisis. Eurofund 2012&#8221; zbierane były w latach 2008-2010.<br />
Autor: pit, newseria, fot. Piotr Krażewski</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
